Tromso

Świtać zaczęło ok. 8:00. Choć było pochmurno  przez wielkie okno naszego salonu mogliśmy podziwiać panoramę budzącego się Tromso po obu stronach fiordu, pobliskie, przyprószone śniegiem góry.









Po fordzie przepływały mniejsze, większe statki, a nawet jeden wielki wycieczkowiec.


Po śniadaniu wyruszyliśmy. Okazało się, że w nocy nieco przyprószyło śniegiem i trzeba było omieść szyby samochodu. Pojechaliśmy w kierunku centrum miasta, a następnie przejechaliśmy pięknym mostem nad fordem.



Po drugiej stronie wnosiła się, będąca symbolem Tromso tzw. Arktyczna Katedra zbudowana w 1965 roku. I choć nie jest to prawdziwa katedra, a zwykły kościół (właściwa katedra znajduje się w centrum miasta), to ujmuje śmiałbym pomysłem architektnicznym w postaci strzelistych brył, niczym namiotów i interesującym witrażami. Ale kościół był zamknięty, więc podziwialiśmy go z zewnątrz, zaglądając jedynie przez szybę do środka.






Widok na fiord spod katedry



Następnie udaliśmy się do nieodległej dolnej stacji kolejki liniowej, którą udaliśmy się na górujące nad miastem wzgórze Fjellheisen, z którego roztaczał się niesamowity widok na Tromso, fiordy i okoliczne góry.






Tu panowała już zima. Sypał śnieg, wiało i momentami widoczność była ograniczona. Wszystko jednak zmieniało się jak w kalejdoskopie, więc była okazja do zdjęć.




Ciekawostka: na wzgórze można też dostać się pieszo, po ok. 1200 schodach, które budowali szerpowie.

Nie bacząc na warunki zimowe postanowiliśmy zdobyć nieodległy szczyt Pa Toppen. 


Początkowo podążaliśmy widoczną pod śniegiem ścieżką, potem trzeba było kluczyć między skałami, a płatami lodośniegu. Mijaliśmy niewielkie na pół przymarznięte jeziorka.
















Do szczytu dotarliśmy przy wzmagającym się wietrze i śnieżycy. Długo więc tam nie zabawiliśmy i trzeba było zarządzić odwrót.










Schodząc nieco inną drogą, mijaliśmy schron turystyczny.




Niżej trzeba było przeskakiwać strumyki.

Dotarliśmy wreszcie do górnej stacji kolejki i nieco przemarznięci uraczyliśmy się w tamtejszej restauracyjce gorącą czekoladą z bitą śmietaną oraz pysznym ciastkiem cynamonowym.





Zjechaliśmy kolejką na dół.





Udaliśmy się ok. 10 km w kierunku północnym w okolice miejscowości Tonvsvik do zorganizowanej tam dla turystów wioski Samów, tutejszego prastarego ludu. Były tam rozstawione tradycyjne namioty ze skóry, wokół były renifery. Jako że lało, a wstęp na 4 h imprezę z lunchem i pokazem tradycji Samów, tudzież karmieniem reniferów był horrendalnie drogi, zrezygnowaliśmy. Była już 14-ta i robiło się ciemno.





Wróciliśmy do Tromso. gdzie przy padającym deszczu pochodziliśmy uliczkami.












Przechodziliśmy koło katedry, która jest jedyną drewniana katedrą w Norwegii.



oraz ciekawego architektonicznie, nowoczesnego budynku biblioteki.



Zaglądnęliśmy do sklepów z pamiątkami, gdzie była już atmosfera świąteczna.











W jednym ze sklepów można było podziwiać na ekranie, to co zmierzaliśmy dopiero "złowić"

Zjedliśmy lunch w restauracji z owocami morza.







Następnie udaliśmy się baru lodowego,




gdzie odziani w termoizolacyjne kurtki wypiliśmy po drinku z lodowych szklanek siedząc przy lodowych stolikach w lodowym wystroju wnętrza. Drinki zamawiało się przy lodowym barze.














Tak wychłodzeni, a jednocześnie przemoczeni wróciliśmy do domu.

Tu uraczyliśmy się zakupionym w sklepie tutejszym pysznym łososiem zapijając miejscowym piwem.

 




Wypatrywaliśmy przez okno zorzę, ale nic z tego - zachmurzenie nie pozwalało.



Może jutro. 









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alpy Lyngenskie

W pogoni za zorzą

Podróż