Alpy Lyngenskie

O ile wczoraj przemierzaliśmy wyspy w kierunku otwartego morza, to dziś zaplanowaliśmy pojechać w głąb lądu, choć i morza (fiordy) nie zabrakło.

Naszym celem był Półwysep Lyngenski, perełka okolic Tromso, choć dotąd mało popularna. Pojechaliśmy podobnie jak wczoraj polując na zorzę drogą E8 mając po naszej lewej stronie fiord z pięknymi porannymi widokami,




a następnie skręciliśmy w drogę nr 91, która biegnie szeroką piękną doliną polodowcową. Minęliśmy miejsce wczorajszego "łapania" zorzy. Teraz za dnia mogliśmy zobaczyć, w jak urokliwym miejscu byliśmy.


Jadąc dalej doliną były pustkowia. Z czasem przed nami zaczęły wyłaniać się tzw. Alpy Lyngenskie, cel naszej dzisiejszej wycieczki, strzeliste góry przypominające Alpy zlokalizowane na Półwyspie Lyngenskim. Góry otoczone były "wianuszkiem" mgieł.




Dotarliśmy do Breivikeidet, miejscowości, w której znajduje się przeprawa promowa na Półwysep Lyngenski. Wybierając tę opcję z przeprawą promową, "zaoszczędziliśmy" ok. 100 km drogi i ok. 1,5 h tak cennego tu czasu (jasno jest tu zaledwie przez 4-5 h). Dojechaliśmy do promu dosłownie w "last minute", byliśmy ostatnim samochodem i prom właśnie odpływał. Zapłata za rejs odbywała się w ten sposób, że pracownik promu robił zdjęcie tablicy rejestracyjnej i należność elektronicznie obciążała właściciela pojazdu, tu Rent a car Europcar. Oczywiście Europcar później nas obciąży. Rejs trwał ok. 20 min. 






Wiał nieprzyjemny zimny wiatr, ale wspaniałe widoki z pokładu promu nie pozwalały schować się w pomieszczeniach podpokładowych promu.











Przypłynęliśmy do miejscowości Svensby. 



Ponieważ planowaliśmy wędrówkę pieszą, a byliśmy nieprzezorni i nie zabraliśmy ze sobą wody, szukaliśmy jej na próżno. Sklepu w Svensby nie było, a jedyna niepozorna kafejka w budce przy przystani promowej była zamknięta. Zlokalizowaliśmy najbliższy sklep w miejscowości Lenangsoyra, ale trzeba było nałożyć ok. 6 km w jedną stronę w stosunku do naszej planowanej trasy. Podążaliśmy wzdłuż fiordu. Zatrzymaliśmy się przy urokliwej szopce z fiordem i przeciwległymi górami w tle. Było oczywiście foto.







Jadąc dalej, przez drogę przechodziło nam stado reniferów.





Po zaopatrzeniu się w wodę (o cenie lepiej nie wspominać) w zlokalizowanej nad fiordem rybackiej Lenangsoyra,



pojechaliśmy na parking w miejscu, gdzie rozpoczyna się szlak do celu naszej wycieczki - błękitnego jeziora Blaisvatnet.






Parking był płatny. Opłatę parkingową opłacało się przez aplikację EasyPark (podobnie jak opłaty parkingowe w Tromso). W tym przypadku jednak przy wjeździe na parking automat zczytywał numer rejestracyjny samochodu i opłata była automatycznie pobierana z podpiętej do aplikacji karty kredytowej. Na parkingu była niezbędna informacja o okolicy i szlaku, który tu się zaczynał. Była też toaleta. Wg informacji do jeziora Blaisvatnet było 4,2 km.





Szlak rozpoczynał się wysypaną korą przyjemną ścieżką. 




Przechodziło się przez mostek, a następnie po kładkach po mokradłach. Wokół rosły karłowate brzozy.













Potem już nie było tak miło. Podążając w górę niezbyt stromym podejściem trzeba było przeskakiwać po kamieniach przez przepływające strumienie.





Były też urokliwe jeziorka.





Wychodziło się wreszcie na rozległą przestrzeń doliny polodowcowej. Przed nami piętrzyły się ośnieżone, strzeliste góry z lodowcem pomiędzy nimi. U podnóża gór był kocioł polodowcowy, a w nim cel naszej wędrówki - błękitne jezioro. Szlak był oznakowany pomalowanymi co jakiś czas czerwoną farbą kamieniami.








Wydawało się, że cel wędrówki jest w zasięgu ręki, ale żmudne podążanie po kamieniach ten cel bardzo powoli przybliżało. Widoki były za to zachwycające.









Jedynie to co martwiło, był upływający czas i zapadanie zmroku, a była raptem 13-sta. Po ok. 1,5 h marszu doszliśmy do olbrzymich głazów, które jeszcze trzeba było pokonać (zabrało to jednak zaledwie kilka minut) 





by stanąć nad błękitnym jeziorem i powiedzieć: wow! Jezioro miało rzeczywiście kolor błękitny, pomimo szarości już zapadającego zmroku.




Na jeziorem piętrzyły się góry z lodowcem. Można byłoby się napawać widokami w nieskończoność, ale trzeba było wracać z powodu zapadających ciemności, a droga po kamieniach po zmroku nie byłaby przyjemna. Droga w dół zabrała nam również 1, 5 h. Zapadał nieubłaganie zmrok, a otaczające góry były majestatyczne i tajemnicze. Dochodząc do parkingu było już praktycznie ciemno.











Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Svensby, do przystani promowej. 


Tu okazało się, że na prom trzeba oczekiwać ponad godzinę, a w brzuchu już burczało z głodu. Zlokalizowaliśmy w internecie najbliższą restaurację w odległości 20 min. jazdy w miejscowości Lyngseidet. Wybraliśmy więc na powrót dłuższy wariant trasy. Dojechaliśmy do Lyngseidet i szybko znaleźliśmy przy drodze knajpkę Go2 Arctic Gril. Tu zjedliśmy m. in. burgera z mięsem reniferowym.




Obok był market, gdzie dokonaliśmy drobnych zakupów. Podążaliśmy dalej drogą wzdłuż fiordu, która w pewnym odcinku była oblodzona. Przejeżdżaliśmy przez 6-kilometrowy tunel. Dotarliśmy do trasy E6 biegnącej z Nordkapp do Oslo. Droga była lepsza, ale i ruch większy, a mijanie samochody często oślepiały światłami. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Potem skręciliśmy w E8 i dotarliśmy szczęśliwie do Tromso. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W pogoni za zorzą

Podróż