Podróż

Dzień dziś był pochmurny, mglisty i mżawkowy. To wynik "zgniłego" wyżu. Przybyliśmy na lotnisko w Balicach na tyle wcześnie, że był czas na kawę i małe co nieco. Nasz Boeing 737 linii Norwegian przyleciał prawie 15 minut przed czasem, stąd boarding zaczął się wcześnie i był sprawny.


Przejście do samolotu po płycie lotniska. Przejmujące zimno (to taka zaprawa przed Arktyką).




Umiejscowiliśmy się w samolocie równie szybko i wystartowaliśmy 10 min. przed czasem. Lot do Oslo miał trwać 1 h 50 min. i dystans do przebycia 1244 km. Szybko przebiliśmy się przez niskie pasmo chmur i kabinę samolotu rozświetliło słońce. W samolocie linii Norwegian jest dostępny internet, stąd można było śledzić przebieg lotu i łączyć się że stronami internetowymi (ale bezpłatnie tylko przez 15 min., potem 6€ za godzinę). Podążaliśmy na północny zachód w kierunku Oslo.
Dolatując do celu widzieliśmy wierzchołki gór wynurzające się z morza mgieł. 



W końcu i my zanurzyliśmy się w tym "morzu"  i to tak, że dotknięcie kół o podłoże pasa startowego uzmysłowiło nam, że wyładowaliśmy. Była totalna mgła.




Lotnisko w Oslo sympatyczne, z licznymi stoiskami, już w atmosferze Świąt Bożego Narodzenia.






Posililiśmy się co nieco. Zamawialiśmy jedzenie po polsku. Miła pani przyjmując zlecenie mówiła po polsku. A i doradziła co wybrać. Ostatecznie padło na pesto z tuńczykiem.



Po posiłku udaliśmy się pod bramkę C8, gdzie oczekiwaliśmy na nasz lot do Tromso. Na zewnątrz ciemności pomimo wczesnopopołudniowej pory, związane z mgłą.



Lot nieco się opóźnił. Szybko jednak zainstalowaliśmy się w samolocie linii Norwegian. Przed nami trasa 1100 km i i 1 h 40 min lotu. 


Startowaliśmy we mgle. Wkrótce jednak wbiliśmy się ponad morze chmur i obserwowaliśmy piękny zachód słońca.



Patrząc w dół widać było przebijające się przez owo morze chmur wierzchołki gór.


Wkrótce chmury pod nami ustąpiły, a wierzchołki gór, a następnie inne tereny zabieliły się śniegiem.





Lecąc ba północ, a potem na północny wschód, nastała noc. Wypatrywaliśmy zorzy polarnej przez okna samolotu, ale na daremnie. Podczas lądowania mieliśmy natomiast inna niewątpliwie "atrakcję" - wyjątkowo silne turbulencje. Jak się okazało po wylądowaniu, były one wynikiem silnego wiatru. Taką właśnie wietrzną i dość ciepłą pogoda (+9C) przywitało nas Tromso, choć kupki śniegu świadczyły o niedawnych intensywnych opadach białego puchu. Na lotnisku udzieliła się nam już reniferowa atmosfera.


Wypożyczyliśmy samochód i przedostaliśmy się poprzez wzgórze na drugą stronę wyspy, gdzie znajdował się nasz apartament. Po 10 min. jazdy przybyliśmy na miejsce. Nasz domek znajdował się na stromym zboczu. Dojście do niego było po schodkach.



Za to widok z dużego okna był niesamowity. Roztaczała się panorama na fiord z portem, oświetlony przeciwległy brzeg z górami.






Zmęczeni, po kolacji (drobne zakupy na kolację zrobiliśmy w pobliskim sklepiku) udaliśmy się na spoczynek. 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alpy Lyngenskie

W pogoni za zorzą