Kveloya, Sommaroy i Hillsoy

Poranek przywitał na spektakularnym wschodem słońca, a raczej brzaskiem (bo słońce nie pokazało się i w istocie nie widzieliśmy go przez cały dzień) widocznym z dużego okna naszego salonu. Dziś ze względu na dobrą pogodę mogliśmy w pełnej krasie zobaczyć okolice - otaczające fiord ośnieżone góry.
















Naszym planem na dziś była nieodległa od Tromso wyspa Kveloya. Oy to po norwesku wyspa. Najpierw przedostalismy się przez wzgórze na drugą stronę naszej wyspy Tromsoy. Minęliśmy lotnisko i przejeżdżając długim i wysokim mostem nad fordem byliśmy już na Kveloyi.



Zatrzymaliśmy się by wykonać trochę zdjęć okolicy przy brzasku - fiordu, okolicznych gór, w tym góry, która była celem wczorajszej naszej eksploracji. Była dziewiąta.






Najpierw udaliśmy się na północną cześć wyspy Kveloya. Zjechaliśmy z drogi 868 prowadzącej do Sommarøy na bardziej podrzędną drogę w kierunku Tromsvik. Jechaliśmy wzdłuż fiordu zachwycając się okolicznymi górami.



Potem droga prowadziła w głąb lądu. Co jakiś czas ze wzgórz po lewej stronie drogi wytryskały mniejsze lub większe wodospady.



Mijaliśmy niewielkie jeziorko.



W chwilę później ze wzniesienia oczom naszym ukazało się pełne morze - Morze Norweskie. Poniżej prezentowała się półkolista piaszczysta plaża w miejscowości Grotfjord.





Zauważyliśmy, że pomimo pochmurnej i chłodnej pogody (temp. nie przekraczała 5C) w morzu serfowało dwóch śmiałków.





Zjechaliśmy do miejscowości na ową plażę. Grotfjord to miejscowość z zaledwie kilkoma domami o charakterze letniskowym.



Powyżej był widoczny wodospad odprowadzający wody z mijanego przez nas jeziorka. Rzeczka z bystrym nurtem wpadała do morza.



Następnie objechaliśmy dookoła wąski fiord. Na jedno końcu fascynowaliśmy się wysokimi górami z wodospadami.







W końcu dojechaliśmy do Tromsvik, miejscowości "na końcu świata" z porozrzucanymi kilkoma domami, szkołą i niewielkim portem.







Mieliśmy ochotę na kawę (pogoda była po mroczna) w jedynej tu kafejce, ale jako że była niedziela, kafejka była czynna od 12-tej. Nie chciało nam się godziny czekać.

Udaliśmy się tą samą  jedyną tu drogą z powrotem.

Dojechaliśmy do drogi 868 i udaliśmy się w kierunku Sommarøy, niewielkiej wysepki połączonej urokliwymi, zakręcony mostem z wyspą Kveloya.








Jadąc w kierunku Sommarøy, na wzgórzach obserwowaliśmy wiatraki.

Przed Sommarøy upajaliśmy się widokiem ciekawej góry - skały "zatopionej" w Morzu Norweskim.



Na Sommarøy przedostaliśmy się po owym moście, który jest wąski i przejazd przez niego regulowany jest sygnalizacją świetlną.










Zjechaliśmy na niewielką plażę pokrytą wyrzuconymi przez morze wodorostami i muszelkami by podziwiać jeszcze ową górę - skalę z innej perspektywy.




Przejechaliśmy przez miejscowość Sommarøy, która ma charakter letniskowy, poszukując jakiejś restauracji, czy kafejki, bo głód już doskwierał. Jedna była zamknięta, druga była wątpliwej jakości (m. in. nieczynna toaleta z powodu braku wody, odgrzewane w mikrofali jedzenie) , zresztą okupowana przez turystów.





Przez kolejny mostek przedostaliśmy się na kolejną wyspę: Hillesoy.




Na skale tej wyspy znajdują się urządzenia radarowe.

Na Hillesoy znaleźliśmy Arctic Hotel, a w nim restaurację, gdzie w godziwych warunkach mogliśmy spożyć lunch. Wyboru dużego wprawdzie nie było (fish and chips, burgery), ale było smaczne. Do posiłku woda z lodem była gratis.



Z tarasu hotelu był widok na niewielką lagunę i okoliczne domki.




Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Przejechaliśmy na Sommarøy. Ściemniało się. Była 14-sta.. Zrobiliśmy jeszcze sesję fotograficzną na okolice po drugiej stronie Sommarøy.









Przejechawszy przez pół okrągły mostek znaleźliśmy się znów na Kveloyi. Do Tromso podążaliśmy jej południową częścią.




Już o zmroku, przed miejscowością Mjelde znaleźliśmy, położoną na wzgórzu urokliwą kafejkę z widokiem na fiord. Był tu też niewielki hotel z sauną i gospodarstwo rolne.



Zostawiwszy samochód na parkingu poniżej, dotarliśmy szutrową stroma drogą do kafejki. Towarzyszyły nam swojskie zapachy.


Przy wejściu należało zdjąć i zostawić  buty, włożyć kapcie i można było wejść do środka. Wnętrz było urokliwe, rozświetlone, z różnymi gadżetami.








Zamówiliśmy kawę i małe co nieco. Obsługujący nas człowiek okazał się być Polakiem. Uzyskaliśmy od niego garść informacji o okolicy i kafejce. Nazwa kafejki i hotelu w tłumaczeniu na polski oznaczała: podworzec mitycznego norweskiego drzewa.


Atmosfera była miła, więc zasiedzieliśmy się tu nieco.

W głębokich ciemnościach zeszliśmy do parkingu.

Podążaliśmy dalej do Tromso. Rozstawione przy drodze tyczki śnieżne z odblaskiem ułatwiały jazdę. Mijaliśmy niewielkie osady. Obserwowaliśmy domostwa, wszystkie z obowiązkowo z zapalonymi w oknach światłami.




Zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do Tromso.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alpy Lyngenskie

W pogoni za zorzą

Podróż